Kos. Ptak, który rozrzuca liście

On cały czarny, z żółtym dziobem i obrączką wokół oka w tym samym kolorze. Ona ciemnobrązowa, z rozjaśnieniami i plamkami na gardle, piersi oraz szyi. Ich młode potomstwo jest podobne bardziej do matki niż ojca, a młody on żółty kolor dzioba nabywa dopiero gdy zbliży się do pierwszej rocznicy urodzin.

Rys. Jerzy Jabczyński

Obserwujemy kosy

Był piątek wieczorem gdy z Jerzym, który od pewnego czasu wykonuje rysunki ptaszków do moich opowiadań, piliśmy w kawiarni herbatkę i ustalaliśmy, któremu pierzastemu poświęcić kolejny artykuł. Padło na kosa. Jerzy obiecał, że weźmie się od razu do roboty. W sobotę rano na moim termometrze było -10 stopni, ale zaczęło pojawiać się słońce. W głowie od razu powrócił temat kosa i myśl, skoro on zaczął malować, to ja muszę zacząć pisać. Przypomniałem sobie, że swego czasu zrobiłem najlepsze zdjęcie temu ptakowi w Ciechocinku! Szybka kawka i w samochód. To tylko 40 km od domu. Wiedziałem, że jeden z kolegów, który od niedawna zapałał miłością do ptaków, chętnie pojedzie ze mną. Mała godzinka i jesteśmy na miejscu.

Park praktycznie opustoszały. I dobrze. Gdzieniegdzie leżą na ziemi poobcinane przez ogrodników gałęzie drzew. Pod jedną taką kupką spostrzegam kosa, samca. Siedzi spokojnie, jakby pozostawał w bezruchu. Przykucam za drzewem i obserwuję. Dzielą nas trzy metry. Kos za chwilę wychodzi. Na ziemi wokoło leżą opadłe owoce jarzębiny. Połyka w całości jedną, później drugą kulkę. Podnosi głowę, patrzy na mnie spokojnie, a ja dokładnie widzę jak owoc jarzębiny z trudem przechodzi mu przez gardło. W ciągu pół godziny scenariusz powtarza się jeszcze tak 3 razy. Kos ignoruje moją osobę, choć od czasu do czasu podnosi głowę i patrzy na mnie raczej z ciekawością niż strachem. Odchodzę jednak, niech żeruje sobie spokojnie dalej.

Życie na ziemi

Właśnie w taki sposób, w jaki udało mi się zaobserwować w ten mroźny dzień, żerują dokładnie miejskie kosy. Szukają pożywienia poruszając się po ziemi, najczęściej wykonując krótkie podskoki z miejsca na miejsce. Pomimo, że w opisanym przypadku owoce jarzębiny leżały na ziemi dobrze widoczne, to kosy mają w swojej naturze zwyczaj, że podnoszą opadłe liście dziobem i patrzą, czy pod nimi nie kryje również się coś do jedzenia. Często w parkach możemy usłyszeć odgłos szeleszczących liści. Niechybny to znak, że w pobliżu żeruje kos.

Tak ogólnie można nawet powiedzieć, że kos swoje życie prowadzi na ziemi. Czasami przysiądzie na jakiejś gałęzi, ale musi być ona gruba, bo i ciężar ptaka jest dość znaczny. Kryje się siedząc w gęstszych krzewach, wychodzi na czas konieczny do zdobycia pożywienia, które także znajduje na ziemi…bądź w ziemi. Wbija wtedy w nią dziób, robi otwór i patrzy, co w nim się znajduje. Jeżeli dojrzy tam jakiegoś pędraka, czy lepiej dżdżownicę, to połyka ją w całości. Nawet te najdłuższe potrafi przełknąć za jednym razem. Natomiast jak karmi nią młode, to wtedy podaje im w małych częściach. Dodatkowo swoje gniazda kosy zakładają także niezbyt wysoko od ziemi, w krzewach lub blisko pnia niewysokiego drzewa.

Ci odlatują, ci zostają

Tak gdzieś od początku XX wieku obserwuje się zmiany terytorialne życia kosów. Pierwotnie zamieszkiwały one zacienione lasy liściaste, szczególnie te bardziej wilgotne, o bogatym podszyciu. Teraz praktycznie możemy obserwować je we wszystkich polskich miastach. Upodobały sobie parki, ogrody, czy obrzeża lasów, czyli te miejsca, gdzie znajduje się dużo krzewów, szczególnie liściastych. Niemniej pozostała jeszcze duża grupa tej populacji, która nie zmieniła trybu życia i przebywa nadal w trudno dostępnych lasach, min. w pierwotnych siedliskach Puszczy Białowieskiej. Te kosy w odróżnieniu od bardziej znanych nam „miejskich”, są o wiele bardziej płochliwe i trudniejsze do zauważenia. Natomiast ich śpiew, który rozlega się tam wieczorami i o świcie, jest ponoć najcudowniejszym ukojeniem dla ucha. Zresztą posłuchajcie sami głosu kosa *.

Te niejako dwa rodzaje kosów, żyjące w miastach i te z lasów, różni także i to, że te pierwsze pozostają w Polsce na zimowisko. Kosy leśne natomiast odlatują do południowej Europy już od końca września, by powrócić do nas nawet wczesną wiosną. Kolejną różnicę zauważa się w sposobie budowania gniazd. Tradycyjny budulec to mech, drobne patyczki, trawa. W miastach łatwiej natomiast zdobyć folie, drut czy papier, dlatego gniazda kosów miejskich przede wszystkim takie śmieci zawierają, oczywiście oprócz części elementów jednak naturalnych. Wydawałoby się więc, że kosy miejskie mają łatwiej. Zapewne w pewnych obszarach egzystencji tak, choćby w zdobywaniu pożywienia, bo i czasami przecież człowiek coś tam podrzuci, świadomie bądź częściej nie, np. w śmietnikach. Natomiast większy sukces lęgowy kosy osiągają właśnie w lasach. Gniazda miejskie są bowiem obiektem ataku kun czy kotów. W czasie takich sytuacji dochodzi także, oprócz utraty jaj, do dużej śmiertelności samic, którą ocenia się aż na 60%.

Kos (Turdus merula); angielski: Common Blackbird
Rząd:
Wróblowe (Passeriformes)
Rodzina:
Drozdowate (Turdidae)

Cechy ogólne: 24-29 cm, rozpiętość skrzydeł 34-40 cm, waga 75-120 g. Dwa, czasem trzy lęgi w roku, samica składa 5-6 jaj (marzec-kwiecień, czerwiec, sierpień), które wysiaduje głównie sama.

Więcej zdjęć kosów w moim albumie ptaków

* Głos kosa pochodzi z płyty załączonej do książki Andrzeja G. Kruszewicza Ptaki Polski, T. 2

Kwiczoł. Bronią ich jest kupa

Są osoby, którym słowo „kwiczoł” kojarzy się wyłącznie z sympatycznym zbójnikiem od Janosika. Ale nie będzie to opowieść o tej postaci, tylko o jednym z ptaków drozdowatych.

Pavarotti to nie jest

Ptaki drozdowate są znane min. z tego, że ładnie śpiewają. Weźmy dla przykładu takiego kosa czy śpiewaka. One, jak na ptaki śpiewające przystało, potrafią tę czynność wykonywać przyzwoicie. A taki kwiczoł, przecież także drozd jak one, wypada przy nich bardzo bladziutko. To tak jakbym ja, dajmy na to, stanął na scenie obok mistrza Pavarottiego. Głosy pozostałych drozdów są naprawdę ładne, a śpiew kwiczoła dokładnie taki jak i jego nazwa, która dobrze go charakteryzuje. Wydaje z siebie głosy skrzypiące i kwiczące, takie „tszak-tszak-tszak”, jak byłby całkowicie z innej ptasiej rodziny. Ale za to jest choć towarzyski, lubi żyć w grupie, a przy tym nie jest ptakiem skrytym, co bardzo ułatwia jego obserwację.
A zresztą posłuchajcie* sami głosu kwiczoła.

Kwiczoł jest już wszędzie

Można nawet powiedzieć, że tak od pół wieku stał się ptakiem miejskim prawie. Jeżeli ktoś byłby w Warszawie, to wystarczy nawet aby zaszedł do niewielkiego przecież parku przy Pałacu Kultury (a więc samo centrum wielkiej aglomeracji) i jestem przekonany, że kwiczoła ujrzy. No, może nie obecnie, bo w pobliżu budują II linię metra, niemniej ptak ten do płochliwych nie należy, ale podejrzewam, że i teraz będzie tam nadal. A tak w ogóle to trudno go nie dojrzeć, gdyż jest on jednym z bardziej licznych ptaków, bardzo pospolitym naszym kraju. Szacuje się ich populację w Europie na 20 milionów par lęgowych. Kwiczoły samotnikami nie są, gniazdują w koloniach liczących ok. 40 par. Ta skłonność do życia w koloniach, może być genetycznie zakodowana, bowiem pochodzą one z dalekiej północy gdzie mróz okrutny, a przeżyć w grupie przecież łatwiej.

Ptak jadalny

Zimna kwiczoły się nie boją, oj nie. Swego czasu przy 20-stopniowym mrozie wybrałem się zobaczyć, co słychać w lesie. Daleko nie uszedłem, a na gałęziach szakłaka pospolitego (Rhamnus cathartica) aż się gotowało. To kwiczoły konsumowały owoce tego krzewu. Obsiadły całym stadem jego gałęzie obfite wtedy jeszcze w owoce. Bo trzeba wiedzieć, że żywią się one jesienią i zimą owocami drzew i krzewów, a przede wszystkim jałowca i jarzębiny. To miedzy innymi powodowało, że dawniej były ptakiem łownym, tak jak np. bażanty i kuropatwy. Żołądki kwiczołów wypełnione owocami tych drzew i krzewów nadawały ich mięsu aromatu o zapachu żywicy, dlatego łowiono je w sieci. Potem nie były nawet patroszone, tylko skubane z piór, pieczone i jedzone w całości. Obecnie są gatunkiem chronionym i nikt już na nie nie poluje w celach konsumpcyjnych.

Uwaga, kwiczoły bombardują

Kwiczoł to potęga. Właściwie ich kolonia lęgowa, która zawsze jest liczna, składająca się nawet z kilkudziesięciu par. Takie stado broni swoich gniazd zawzięcie, stosując różne sposoby. Duże ptaki, nawet i te drapieżne, ssaki czy nawet ludzie, muszą się mieć wtedy na baczności. To, że drą się wniebogłosy w razie niebezpieczeństwa swoim niezbyt melodyjnym kwiczeniem, to normalne. Także i to, że będąc świetnymi „lotnikami” mogą błyskawicznie atakować obiekt w przypadku ewentualnego ryzyka. Natomiast mają one jeszcze inny, o wiele bardziej „wyrafinowany” sposób obrony przed zagrożeniem. Po prostu, uznając jakiś obiekt (ptak, zwierze, człowiek) za zagrażający im, zwyczajnie całe stado bryzga na niego swoimi odchodami. Andrzej Kruszewicz, wybitny ornitolog oraz obecnie dyrektor warszawskiego ZOO, pisze w swojej książce (Ptaki Polski od A do Ż), że widział zdjęcie młodego myszołowa (czyli drapieżnika) tak mocno zbombardowanego odchodami kwiczołów, że nie był on w stanie uciec z powodu posklejanych piór. Dalsza jego samodzielna egzystencja była wykluczona.

W sumie to bardzo jednak sympatyczny ptak. Ja osobiście najbardziej lubię go obserwować jak żeruje na ziemi, poruszając się krótkimi podskokami z zadartym ogonem i opuszczonymi skrzydłami, gdy w ciepłe miesiące wyciąga z trawiastych obszarów kolejny jego przysmak – dżdżownice.

 

Kwiczoł (Turdus pilaris), angielski; Fieldfare
Rząd: Wróblowe (Passeriformes)
Rodzina: Drozdowate (Turdidae)
Cechy ogólne: około 24-27 cm, rozpiętość skrzydeł 39-43 cm, waga ok. 80-140 g. Jeden-dwa lęgi w roku, samica składa 4-6 jaj (kwiecień-czerwiec), które wysiaduje sama.

Więcej zdjęć kwiczołów w moim albumie ptaków

* Głos kwiczoła pochodzi z płyty załączonej do książki Andrzeja G. Kruszewicza Ptaki Polski, T. 2